Menu

O prawdę

Blog będzie dotyczył historii związanej z funkcjonowaniem galerii handlowych. Ustaleniami najemców dotyczącymi różnych aspektów prowadzenia działalności w galeriach handlowych.

Po korekcie-poradnik najemcy

przeliczeni

Blog wrócił do sieci. Po korekcie tekstu, który wzbudził sprzeciw ( list dotyczący fitness klubów) został skorygowany na zasadzie przestrzegania regulaminu na platformie blox. To umowa pomiędzy platformą, a blogerem i współautorami. Kwestionowane fragmenty nie miały charakteru obraźliwego, ale wzbudziły-nie wykluczone, że uzasadniony-sprzeciw. Nie wchodząc w role Temidy życiowe doświadczenie podpowiada, że coś może być na rzeczy i część właścicieli fitness ma obawy o przyszłość. Co więcej- nerwowe reakcje-nie po raz pierwszy-są zrozumiałe. Bo jeśli coś jest na rzeczy-to szkoda żeby opinia publiczna o tym wiedziała. Szeroka opinia publiczna, która odwiedza m.in. bloga przeliczeni. Jak szerokie to grono? Spore. Maile, zapytania na portalu społecznościowym, smsowe czy wreszcie telefoniczne są potwierdzeniem, że tematy poruszane tutaj są ważne. Niewidoczne korki od szampana wystrzeliły przedwcześnie.

Lektura papierów, które wpłynęły w międzyczasie i wynikające stąd wnioski sprawiają, że korek od szampana symbolicznie pójdzie w górę. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie za i przeciw do niektórych zagadnień trzeba podejść wspólnie i z ostrożnością. 

I to robimy. W jakim aspekcie, gdzie, z kim i czego dociekania dotyczą czy dotyczyć będą po ich zakończeniu ujawnimy w taki sposób, aby dochować wszelkich standardów. Ku przestrodze jednych i drugich.

Z informacji dedykowanych systemowi retail przemknął news o fałszywym alarmie w Łodzi w gh Port. Co ciekawe tym razem-ewakuacji-nie zarządzono tłumacząc widzowi (Polsat) że i w przypadku alarmów w budynkach użyteczności publicznej- z ewakuacji się rezygnuje. 

Tak jednak nie jest. Ewakuuje się ludzi. W gh Port uznano, że nie warto. To ucho z dziurawego dzbana może się urwać. Nonszalancja i rutyna-również w biznesie- z reguły kończą się źle. W tym przypadku jak i wielu innych alarm okazał się być fałszywy, a autorką sprzątaczka, która w tym dniu-chciała mieć wolne.  Nie ma sensu dywagować co by było gdyby niemniej życie i zdrowie ludzi w tym konkretnym przypadku i jego potencjalna utrata- zostały narażone.

Dariusz Loranty, wieloletni funkcjonariusz KGP tłumaczy.

-Galerie handlowe notorycznie nie chcą ewakuować ludzi. Przychodzi im to z trudem. W obowiązku właściciela jest bezwzględna ewakuacja, ale robią co mogą, aby tego uniknąć. Wychodzą z założenia, że dopiero kiedy ładunek zostanie znaleziony należy ewakuować budynek.

News pozornie bez znaczenia. Ale o tym-warto wiedzieć również przed, a nie po. Podobnie jak i tym, że sądy coraz poważniej traktują sprawy o kary, czy wreszcie o podawanie danych przed.

W międzyczasie podczas ciszy blogowej doszło do rozprawy w sprawie oszustwa. Sąd nie zamknął sprawy standardowo, ale zamierza się przyjrzeć dogłębnie. I to cieszy. Mamy w tym swój udział. Pracujemy nad tym, aby ten temat nie przepadł bez śladu w mnogości internetowych przekazów.

Jest też pozytywny sygnał z kancelarii prawnej, że ludzie retailu inaczej podchodzą do "partnerów w biznesie", że teraz oni się łamią i traktują ludzi jak ludzi. Jaka jest skala tej zmiany trudno powiedzieć jednak informacja źródłowa jest ważna. Z drugiej jednak strony tureccy właściciele gh traktują klientów- czytaj najemców- jak śmieci.  Ci ostatni pod butem próbują działać. Z jakim skutkiem? Czas pokaże. Z kolei w Wilanowie trwa akcja-reakcja. Czyli bój o molocha. W Tarnowie podobnie. Niektórym radnym platformy mandat wyborczy miesza się z retailovym.

woodenpuppet29118843

I co ciekawe docierają informacje o tym, że Castorama z Gemini Jasna Park zamierza się wynieść. Tesco pomniejszyć powierzchnię. Media Markt dawno się skurczył na rzecz znanej marki butów.

Przekaz był taki: buty się super sprzedają. Można jednak też spojrzeć na to z drugiej strony, że nawet Media Markt tam się nie bilansuje.  "Nie znają się na biznesie". Albo im "się znudziło", bo i takie bzdury wciska się firmom komercjalizującym nt. wyjścia danego pacjenta. Że się znudziło. 

Za jakiś czas c.d.n

Rzadziej. 

Dziękuję za zainteresowanie. Pozdrawiam.

http://wgospodarce.pl/informacje/29580-kolejny-skandal-w-gdansku-zniszczono-zabytek-z-xv-wieku-potrzebowano-miejsca-na-kolejna-galerie-handlowa

 

 

 

 

Minimum dwa miliony ludzi przyjedzie do Poznania po milion złotych, już pakują walizki-poradnik najemcy

przeliczeni

Odnosząc się do pana komentarza z poprzedniego wpisu dotyczącego głównego tematu.

Od dawna blog porusza wiele innych zagadnień nie związanych bezpośrednio z gh. Generalnie można przyjąć, że dotyczy pieniędzy, rozporządzenia mieniem, decyzji, prognoz i komunikatów quasi prasowych, które nie są niczym innym jak wprowadzaniem w błąd (vide szturm jubilerów na gh) . Inna sprawa to galop do gh i wciskanie łapówek zarządzającym za lokal. Żeby tam wejść. Wątków jest sporo. Tyle ilu ludzi zarówno po stronie zarządzających jak i wynajmujących jak i pośredników. Ale generalnie chodzi o wciąż to samo. O pieniądze.

Jeżeli facet się pofatygował i miałem okazję z nim porozmawiać i uznałem, że ma ciekawe spostrzeżenia (w niektórych zbieżne) i chce pisać to dlaczego nie? Jeśli dziś słyszymy, że ma wejść edukacja finansowa do szkół-to chyba dobrze? Jeśli człowiek pisze o pieniądzach i o to jak sobie radzi z nimi w dzisiejszych czasach to- mnie to ciekawi. Miałem dylemat czy to puszczać, bo to dwa blogi w blogu jakby. Niemniej jednak to, czy jest koncepcja na prowadzenie bloga czy nie- nie ma znaczenia, bo jak pan słusznie zauważył nie ma koncepcji pomimo to, że usilnie jestem namawiany na wyjście z bloxa, na przeniesienie go gdzie indziej i skomercjalizowanie. Wg mnie koncepcja się wyczerpała, a jednocześnie w jakiś sposób poszerzyła.

Okazuje się, że mechanizm zastraszania funkcjonuje nie tylko w mediach. Za zastraszanie uznaje się próbę ingerencji w treść w postaci pism z pseudo kancelarii prawnych (było ich kilka do tej pory). Stają się rzecznikami prasowymi tego systemu. Trafnie można podciągnąć tego rodzaju kancelarie prawne pod dzisiejszy tekst dotyczący również lumpenadwokatów.

http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/974559,pieniadze-dziela-srodowisko-adwokatow.html

 

Wprawdzie są to incydentalne sytuacje niemniej jednak, aby blog pozostał w sieci jest w taki sposób prowadzony w jaki jest.

Jeżeli ktoś nie wychwycił w poprzednim wpisie ważnej informacji, że nielumpenkancelarie ruszają z pozwami o części wspólne to dla najemcy-jest to clou-resztę może odrzucić w całości.

To pierwsze pozwy i na razie należy poczekać co się z tym dalej podzieje. Jak podejdą do tego sądy. Na razie-nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że kwoty nie mają uzasadnienia, nie miały. Jako, że nikt tego nie sprawdzał czy nie zanegował na drodze prawnej dlatego też ta informacja może być przydatna. Nie poruszone zostały kwestie czynszów-fakt.

Czyli skoro będą lokale zamknięte to czymś oczywistym jest obniżka czynszu. W teorii. Oczywistym bo z praktyki wynika zupełnie co innego i jestem w stanie sobie wyobrazić tzw. „negocjacje” w tej sprawie i opowieści jak to się fajnie przełoży na soboty i piątki. Zgadzam się z panem co do zasady, że nowych wątków-jest niewiele. Nie ma już znaczenia czy ktoś miał doświadczenie w biznesie, nie miał, miał tyle lat i tyle, wpakował tyle czy tyle środków. Dołożył sto tysięcy czy dwieście. Dostał milion czy dwa kary i w sądach toczą się o to procesy.

To już nie ma znaczenia w sensie ilości i opisywania kolejnych kejsów z takiego czy innego miasta. Minimum raz w tygodniu ktoś pisze z jakiegoś innego miasta z innej gh z takim czy innym pytaniem-najczęściej jak z tego wyjść. I tych przypadków przybywa. Nie ubywa. I przybywać będzie. Jeśli ktoś jest innego zdania to może być. Blog jest czymś dodatkowym dlatego też nie mam czasu na segregowanie na taką i taką gh, miasto, franczyzę. Bez sensu. Kolejny zarzut. Nie potrafi ktoś znaleźć do mnie maila. Kilkanaście razy był tutaj publikowany.

"Stały" czytelnik utyskuje, że nie potrafi znaleźć namiaru. Jeśli tak czyta ze zrozumieniem to zrozumiałe, że tak stale czyta jak komentuje. Dalej. Zarabiam kasę na hostelu-mam więcej chętnych niż miejsc i coraz więcej przejawów agresji i złośliwości wobec UA (30+), zarabiam kasę na portalu (ciągle rośnie), zarabiam na szkoleniach ( tu się kończy). I robię kurs. Żeby zarabiając pomagać ludziom wyjść z różnych niefajnych historii-również w systemie retail.

Ale –jak pan słusznie wspomniał-to przecież nie jest główny temat, dlatego napiszę o nim-przy innej okazji nie epatując stroną internetową, mailami choć telefon wciąż jest dostępny i stacjonarny i komórkowy i maile są dostępne. Pozdrawiam. I jeszcze jedno. Jeśli Japończyk będzie pisał -to świetnie. Moim zdaniem warto publikować, chociażby dla takich komentarzy jak czytelnika o opisie domsky. Choćby dlatego-dla mnie-warto. 

Tymczasem w Poznaniu niebawem otworzy podwoje tzw. Posnania. Już szału i zachwytów nie ma. Nie ma trąbienia o markach, nie ma milionów z wyprzedzeniem jakichś tam ludzi rzekomo robiących zakupy, nie ma fikcyjnych przewidywań i opowieści. Nie ma fikcyjnych danych. Choć niewykluczone, że w pierwszym miesiącu po otwarciu pójdzie w eter, że dwa miliony mieszkańców odwiedziło największą, najpiękniejszą gh w Poznaniu. Rzekomo w Lublinie 800 tysięcy odwiedziło felicity w trzy tygodnie. Spokojnie. Komunikat pisała firma. Znaczenie marketingowe. Bez znaczenia.

"Francuzi ziemię kupili i szybko zmienili swoje zamiary. Dlaczego? Jak wyjaśnia kolega zajmujący się w redakcji gospodarką, inwestycje w "mieszkaniówkę" nie dają takiej stopy zwrotu, jak w obiekty handlowe. Nie mówiąc o placach, rynkach i - pożal się Boże - straganach. Ale przede wszystkim zorientowali się, że władza jest podatna na sugestie inwestorów".

Cały tekst: http://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,89336,20659345,galeria-posnania-czyli-mialo-byc-tak-pieknie-komentarz.html#ixzz4K8gSbyLC

"Zara, Bershka, Pull&Bear i inne sklepy z grupy Inditex z końcem września znikną z galerii Malta. To pierwsze efekty otwieranego niebawem centrum Posnania. Malta chce zatrzymać klientów, rozdając im milion złotych na zakupy".

Cały tekst: http://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,36037,20654395,pierwsze-starcie-malty-z-posnania-uciekaja-sklepy.html#ixzz4K8gpK0z2

P.S. Dziękuję czytelnikom za kolejne zdjęcia. 

Niedzielne iwęty idą do lamusa-poradnik najemcy

przeliczeni

Blog dorobił się stałej współpracy z autorem o pseudonimie Japończyk. Mam świadomość irytacji niektórych, ale to taki stan który jest czymś zwyczajnym z wyjątkiem być może-stoików. Bajzel architektoniczno marketingowo deweloperski sam w sobie się skompromitował. Co nie oznacza, że bloger ma zdanie na każdy temat, bo nie ma.

Czyli zakupy w niedzielę kogoś i to czy będzie mógł czy nie je robić w gh-nie dotyczy. Istotnych jest kilka pytań stricte dedykowanych przyszłym najemcom. Czyli wyobraźmy sobie najemcę w gh który podpisał umowę na lat 3 i popełnił to rok temu. W niedzielę będzie mógł handlować sam. I wyobraźmy sobie, że pozostali pozamykają boksy. Czyli jeden punkt będzie otwarty, a pozostałe zamknięte. Kto zapłaci za tzw. części wspólne? (ruszają pierwsze procesy w Polsce o części wspólne czyli wyimaginowane opłaty idące w dziesiątki tysięcy złotych rocznie nakładane na najemców).

Kto zapłaci za światło, ochronę takiego jednego czy kilku boksów? Dywagacje dziś na temat tego, że to się „przeniesie” na piątek i sobotę i wyrówna mają tyle wspólnego z rzeczywistością co frekwencja w gh. Tego nikt nie wie jak się przełoży. Ale są tacy co już wiedzą, że będzie tak czy inaczej. Jedno jest bezdyskusyjne, że tam gdzie są pracownicy,  a właściciel nie stanie za ladą obrotów nie będzie żadnych. Czyli kolejne (oprócz świąt) dni z roku należy wykreślić z szacowania czegokolwiek przed podpisaniem umowy w gh.

Nie ulega wątpliwości, że umowy te dziś podpisane będą aneksowane, a pracownicy będą mieli dzień wolny od pracy. Jeśli ktoś dziś przed podpisaniem umowy naciąga, że ruch się nie zmniejszy albo zwiększy razy dwa lup półtora (piątek - sobota) to sugeruję to nagrać i podesłać na maila. Należałoby założyć, że klienci w sobotę przyjadą razy dwa i razy dwa zjedzą i razy dwa kupią. W świetle zapowiadanych zmian i zakazu handlu w niedzielę nie warto dziś podpisywać umowy tylko poczekać i sprawdzić jak ten efekt zadziała na bazie własnych obserwacji. Intuicyjnie należy założyć, że sobota i piątek pójdzie w górę w spożywkach. Dziś, najwięcej klientów bywa w piątki i soboty-nie w niedziele.

Reasumując i odpowiadając na oczekiwanie czytelnika-żebym o tym napisał, że on jest za zakazem w niedzielę i oczekuje, że napiszę, że też jestem za zakazem w niedzielę. To nie ma żadnego znaczenia. Nie jestem hipokrytą piszącym na zamówienie dlatego skoro godziłem się na pracę w niedzielę i nie przeszkadzała mi praca w niedziele to mnie to nie przeszkadza. Inną kwestią jest, że w praktyce jest to uciążliwe. Co z tego? To jest praca. Niedziela jest dniem jak każdy dzień i skoro ktoś chce pracować w niedzielę-niech pracuje. Byleby miał pracę i zarobek. Takie jest moje zdanie w tej sprawie-choć istotne jest to jaki wpływ te zmiany będą miały na szarego czy brylantowego najemcę-to jest ważne, a nie to co kto myśli na ten temat. O tym wątku można pisać i pisać. Nie ma to znaczenia, bo wybrana większość stanowiąca prawo decyduje za całość.

Pełni napięcia widzowie oczekują na jeszcze niedzielny iwęt. Torby pełne zakupów pękają w szwach.

a10

zdj.facebook.com

A teraz czas na autora tekstu:

 

„Bardzo mnie cieszy reakcja czytelników bloga co do moich tekstów. W dzisiejszym tekście chciałbym nawiązać do Państwa opinii, ponieważ szanuję Państwa poglądy. Pozwolę sobie jeszcze powrócić do szkoły.

 

Pisałem już wcześniej o agresji w stosunku do ludzi, którzy myślą inaczej niż tak zwany ogół. Jeden z jej przejawów dotyczy oczywiście przeciwników tak zwanej "szkoły." Jeden z czytelników zauważył, że "przymus szkoły - bardzo dobrze, że jest. Inaczej mielibyśmy pełno amatorów alkoholu wokół siebie". Moje obserwacje są zupełnie inne i myślę, że Pan się tutaj całkowicie myli. Przecież w sklepach pełno jest wystawionego alkoholu i jak można zauważyć, wielu ludzi go kupuje oraz konsumuje. Dlatego uważam, że jest odwrotnie. Wielu ludzi, którzy z braku szkoły, sami się edukują nie słucha wszędzie, że "wszystko jest dla ludzi", nie podziela tego poglądu. Wątpię, aby wszyscy alkoholicy to byli ludzie bez szkoły, zwłaszcza, że w podstawie programowej szkoły omawiane są przepisy dotyczące sprzedaży i konsumpcji alkoholu (ludzie ja nie kłamię - poczytajcie Państwo podstawę programową!). Ponadto, np.: studniówka - alkohol jest. Oczywiście Pan napisał o roli nauczycieli w zmianach. Zgadzam się z tym, to jest właśnie rola nauczycieli - zmieniać metody nauczania. Jednakże tutaj mamy do czynienia z agresją ze strony środowiska. Nauczyciel o innych poglądach jest bezzwłocznie piętnowany i odsuwany. Niech Państwo wyobrażą sobie ile czasu popracowałby nauczyciel np.: języka wyprowadzając gramatykę z lekcji, a promujący konwersacje (NIE rozmowy sterowane niczym tankowiec na oceanach), opowiadający o kulturze krajów, w których używa się danego języka, a przede wszystkim nie przygotowujący do testów. Ja dzisiaj specjalnie odwiedziłem strony internetowe o programie nauczania "Wiedzy o społeczeństwie" - podstawa programowa 2012/2013 "W centrum uwagi". Jest tam mowa o bronieniu "praw kobiet". Niestety, nie znalazłem niczego o bronieniu "praw mężczyzn". Znalazłem wzmiankę o "demokracji", a niczego o promowaniu lub dyskutowaniu o innych systemach - nieważne czy się z nimi zgadzamy. W szkole nie ma dyskusji. Jest wszystko na jedno - JEDYNIE SŁUSZNE - kopyto. Mowa jest o tolerancji, a czytamy w podstawie programowej:

 

  1. "Skutki wejścia Polski do strefy Schengen" (nic o wyjściu)
  2. "Zasady opodatkowania uzyskanych przychodów" - niczego nie ma o ich obniżaniu i dlaczego część dochodów przeznacza się na nierobów
  3. "Potrzeba przeciwstawianiu się przejawom rasizmu, szowinizmu, antysemityzmu i ksenofobii" - a dlaczego chłopak w szkole ma popierać kobiety i co jest złego w szowiniźmie skoro feminizm jest w porządku i dlaczego ja jako obywatel Europy mam bronić tylko Żydów - nieważne co się działo.

 

Tego jest więcej. Dlaczego wybrałem akurat tę podstawę programową? Ponieważ ona nie jest zła. Mi ona, mimo kilku "wypaczeń" odpowiada. Podobają mi się cele, na przykład:

  1. "Kształtowanie postaw sprzyjających rozwojowi indywidualnemu" (ale dyskusji w szkole nie ma, odpowiedź A, B, C, D, bo przecież świat jest czarno-biały, ewentualnie da się go stopniować; płynności brak, a udowodnij w szkole, że nauczyciel nie miał racji (bo też człowiek - ma prawo nie wiedzieć i się pomylić), to już ci pokażą co to jest rozwój indywidualny)
  2. "Uczciwość i wiarygodność" [wiadomo, że nie może być dwóch sprawdzianów w jednym dniu, a ja jednak słyszę o łamaniu tej zasady; mało tego - jeśli uczeń "ściąga" na sprawdzianie (czyli ordynarnie oszukuje swoich kolegów i koleżanki z klasy), ciekaw jestem reakcji wielu nauczycieli, jeśli zostaną poinformowani o tym przez innego ucznia - czy będą bronić tzw. "donosiciela" - dla mnie to nie donosiciel, a człowiek zapobiegający oszustwu w swoim własnym środowisku?]
  3. "Kreatywność" (ja za opinię o tym, że nie warto umierać za Ojczyznę dostałem oczywiście najgorszą możliwą ocenę, a "Pani" wezwała mamę do szkoły celem wyprostowania moich chorych poglądów - jak widać po moich wypowiedziach nie udało się)
  4. "Kultura osobista" (zdejmowanie kapci w szkole to według nauczycieli dobre zasady, a fakt jest taki że w Polsce nie zdejmuje się butów przy wizytach, ale na przykład w Czechach lub Japonii już tak).

 

Czyli podstawa sobie, a nauczyciele sobie. Są zamkniętą grupą i tego się nie przebije, więc kiepsko widzę jakiekolwiek zmiany. Ja pracowałem razem w 3 szkołach. Są pojedyńczy nauczyciele, którzy myślą podobnie jak ja i nie są ślepo zapatrzeni w "system". Dlatego, zgadzam się z Panem, powinniśmy to zmieniać, ale organizując swoje własne zajęcia i edukując naszych uczniów, bo zawód - jak dla mnie - jest świetny i nie zgadzam się z negatywnym wydźwiękiem "abyś cudze dzieci uczył" - dla mnie to komplement. Na szkołę jest już za późno, to jest nowotwór w 4 stadium z przerzutami. Nieoperacyjny. Niech zdycha, szkoda że z biednymi uczniami, którym się pakuje do głowy, że dyplom to furtka do życia z sukcesem [i dlatego wynajmujący bankruci w "Modo" dyplomów chyba w związku z tym nie mają].

 

Na szczęście, poprzedni Pan nie jest agresywny. Inny komentarz, pod innymi moimi przemyśleniami troszkę mnie dziwi. Jeden z komentujących napisał, że mam "wiejską filozofię". Jestem zdziwiony, gdyż na przykład Pan Wiesław Sobieraj - prezes i twórca Alior Banku - pochodzi ze Szczebrzeszyna niedaleko Brodów (i jednocześnie 3 km od linii szerokotorowej LHS wybudowanej na skutek współpracy z Rosją). Nie rozumiem co ma wspólnego moja "wiejska filozofia" (jak to ujął komentujący) i niechęć do banków, ale oczywiście każdy ma prawo głosić swoje poglądy, choć w tym przypadku - całkowicie nietrafione.

Pan stwierdził, że cytuję: "nie każdy kredyt wpędza kredytobiorcę w długi." Rozumiem, że kredyt to nie dług - według komentującego. Bardzo mi przykro, ale Pan opowiadała rzeczy zdumiewające - kredyt jest długiem (te pieniądze trzeba oddać). Chciałbym także zapytać, czy widział Pan kogokolwiek, kto dostał mieszkanie od cytuję: "Pana Boga" lub "Matki Natury". Ja nie widziałem, ale jeśli Pan tak, no cóż ... to ja słyszę, że jestem chory psychicznie.

Poruszył Pan też kwestię budownictwa. Odniosłem wrażenie, że ciężka praca ludzi w innych branżach jest "funta kłaków niewarta". Innymi słowy - tylko budownictwo i nic więcej jest siłą i napędem Polski. Pan powie ludziom tyrającym w Biedronkach, na targach, w swoich firmach, że nie rozwijają kraju i ich praca nic nie znaczy.

Wie Pan, innych ludzi trzeba szanować, można oczywiście komentować, ale myślę, że dobrze byłoby, aby podał Pan argumenty na poparcie swoich tez, np.: kredyt nie wpędza w długi. Ja z chęcią poznam Pana argumentację, bo niewykluczone, że się mylę.

 

 

 

Mam następujące wnioski co do cech charakteru:

1 Trochę narzekania jest pozytywne. Dzięki narzekaniu możemy zlokalizować co nam doskwiera w życiu. Nie musimy być zadowoleni ze wszystkiego wokoło i uważam, ze to propaganda, którą usiłuje nam wmówić tak zwany "system". Cały czas uśmiech na twarzy i "jadziem". Oczywiście, za niezadowoleniem muszą iść realne działania. Nie jesteśmy zadowoleni z zarobków, to trzeba się zwolnić i zatrudnić gdzieś indziej lub otworzyć własną działalność [zauważcie Państwo, że pakuje nam się do głowy, że dyplom otwiera wszystkie drzwi; osobista inicjatywa jest nieistotna, bo się nie da]. Osobiście uważam, że możemy być uśmiechnięci, ale bez zadowolenia ze wszystkiego, ponieważ to nierealne. Jeden komentujący zadał bardzo ważne pytanie: "dlaczego? Jakim prawem?" i dodał "ja policzyłem, że [...] powinienem mieć z żoną dochodu min. 10000 zł netto". Napisał o zoo, niechodzeniu do sklepów z ubraniami. Taka postawa - narzekająca - powinna nas cieszyć. Nie dlatego, że zawsze i wszędzie powinniśmy być antysystemowi i ciągle "psioczyć", a dlatego, że powinniśmy zauważać problemy w działaniu systemu i nie pozwalać się źle traktować przez innych ludzi pakowaniem do głów farmazonów, że np.: inni też tak zarabiają, więc nie narzekaj. Pan pisze o znalezieniu alternatywy. A jak człowiek szuka to znaczy, że myśli, co wynika z tak krytykowanego narzekania.

  1. Zazdrość to pożądana cecha charakteru. Nie musi ona prowadzić do destrukcji [podobno typowo polskie (?) myślenie, że jeśli sąsiad ma lepiej, to doniosę]. Zazdrość może nas doprowadzić do rozwoju. Nie ma nic złego w tym, ze komuś zazdrościmy różnych rzeczy oraz sytuacji życiowych. To nas powinno stymulować do jeszcze większego wysiłku i pracy, aby osiągnąć to samo co ktoś inny. Potem ten ktoś inny nam zazdrości i robi to samo. Zazdrość to rozwój na naszym podwórku, nie niszczymy innych, a staramy się im dorównać.
  2. Tolerancja wydaje się być na miejscu, ale (tak samo jak zazdrość) w nadmiarze prowadzi do katastrofy. Nie widzę powodu, dlaczego miałbym tolerować w swoim otoczeniu człowieka, który np.: oszukał wiele innych osób i nie widzi w tym niczego złego. Chętnie natomiast będę tolerował osobę o innych poglądach, ponieważ mogę się czegoś nauczyć, albo nawet takiego oszusta, który rozumie i naprawia swoje błędy.
  3. Nie przywiązywałbym nadmiernej wagi do przepisów prawa. Oczywiście nie oznacza to, że namawiam do ich łamania, ale do zastanowienia się czy ślepo i bezwarunkowo wykonywać wszystkie przepisy prawa. Ja często słyszę o "państwie prawa" i o tym, ze prawa trzeba przestrzegać. No dobrze, ja się pytam po co w takim przypadku jest potrzebna krytyka Korei Północnej? Tam jest prawo na przykład takie, że przy fotografowaniu ich przywódców nie wolno uciąć ich części ciała. Wiele osób "pierdzących" o państwie prawa nie rozumie, że w Korei Północnej jest takie prawo i wara im od tego skoro są tacy prawi. Tak samo śmieszne jest ustawowe regulowanie noszenia strojów typu "dżilbab" (ludzie to mylą z "burką") na plaży. Po co przepisem to załatwiać? Zaprosić na plaże naturystów i zacząć kręcić filmy pornograficzne. Sami pójdą w inne miejsce. Trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem. Moim zdaniem, wielu ludzi nie bije innych na ulicy, bo nie mają w zwyczaju bić innych, a nie dlatego, że poniosą odpowiedzialność karną. A jeśli ktoś wam mówi o "państwie prawa", to niech wam wytłumaczy, jaka jest logika w tym, że "wszyscy jesteśmy równi wobec prawa", a prezydent jedzie pojazdem uprzywilejowanym, a my mamy obowiązek się zatrzymać - jeszcze płacimy na niego/nią. Dziwne to. A propos dziwnych rzeczy i prawa. Wprowadzono niedawno precedens, że na drodze jednokierunkowej rowerzyści moga się poruszać w obydwu kierunkach. Przecież to jest ewidentnie uczenie wyższości jednego nad innymi i namawianie do łamania przepisów drogowych.
  4. Nie należy iść z tak zwanym "prądem". Jako przykład podam tak lansowany teraz transport rowerowy. Wynaleziono go w 1816 roku, a wmawia nam się, że to transport przyszłości. Ja proponuję dodatkowo karetki (do przewozu zwłaszcza pacjentów po udarach) i straż pożarną rowerową (zwłaszcza do pożarów lasów). Na wakacje - tylko rowerem. Ja osobiście zawsze poczekałbym jak sytuacja się rozwinie i czy to nie jest "chwilowy zachwyt". Podobnie jest z tabletami, to dość stary wynalazek, który się nie przyjął. Obecnie, ich sprzedaż ponownie spada. Smartfony czeka ten sam los. Kto używa dziś palmtopów (przyznam się, że ja - bardzo praktyczne urządzenia)? "Prąd" to także robienie coś, bo inni tak robią, więc musi być słuszne. Nie musi. Kobiety mają piersi (52% populacji), czyli większość, to może i ja bym sobie przeszczepił, skoro inni też tak mają. A w Emiratach Arabskich przyszywajmy kobietom coś innego, bo tam jest 2,5 raza więcej mężczyzn od kobiet.
  5. Trzeba być zarozumiałym. Często myli się osobę niekulturalną z osobą tak zwaną "zarozumiałą" - oczywiście według mojej opinii. Osoba zarozumiała jest pewna swoich przekonać, przekazuje je i potrafii je wyjaśnić oraz obronić. Niestety, czestokroć nazywa tak się osoby, które zachowują się po prostu źle. Nazywają innych np.: "idiotami". To nie zarozumiałość . To chamstwo. Co nam daje bycie zarozumiałym? To, że nie wahamy się ciągle w poglądach, jak chorągiewka na wietrze. Trudno nas kontrolować i możemy kierować swoim życiem. Co nam daje spotykanie się z ludźmi zarozumiałymi? To że możemy rewidować i zmieniać swoje poglądy. Bo osoba zarozumiała zdaje sobie sprawę, że nie jest wszechwiedząca. Niestety, realia są takie, że jeśli ktoś jest pewny swoich poglądów to jest zarozumiały. A może najzwyczajniej w świecie pewny siebie. Czy ma się chować po krzakach ze swoimi poglądami, ponieważ kogoś ewentualnie urazi?
  6. Trzeba być uczciwym. Nie oszukiwać siebie, nie ulegać iluzji, że się wszystko wie. To prowadzi do zaprzestania nauki i intelektualnego zjazdu "w dół". Oznacza to, że nie można się zamknąć np.: na ludzi popierających konta w banku i kredyty, ludzi popierających szkołę - kto wie - może finalnie mają rację. Nie można się oszukiwać, że np.: "jakoś to będzie" lub "pewnego dnia będę". Trzeba żyć w uczciwym wewnętrznym świecie. Jeśli nie, to jest się zarozumiałym - wszechwiedzącym (z tą różnicą, że nie w rzeczywistym, a w wyimaginowanym świecie).
  7. Trzeba być uczciwym w rozumieniu finansowym. Rachunki trzeba płacić na czas. Abstrachując od uczciwości i uświadomienia sobie, że inni też czekają na pieniądze od nas, nie pakujemy się niepotrzebnie w problemy. Ponadto, dzięki płaceniu rachunków na czas, wiemy ile realnie mamy pieniędzy, bo nie zostają nam pieniądze, które faktycznie powinny zostać były wydane.
  8. Trzeba być miłym dla innych osób, włączając w to te, które dla nas są niemiłe. Dlaczego mamy być mili dla niemiłych? Dlatego, że nie może być uczciwej i rzetelnej dyskusji, jeśli zamiast rzeczowych argumentów, nazywa się kogoś "po uważaniu". Ponadto, denerwując się, wytrącamy siebie samych z równowagi, przestajemy myśleć a rządzą nami emocje. Jak w takiej sytuacji możemy kogoś przekonać lub coś zdziałać? Jeśli już, to pozbywamy się naszej siły. Natomiast, jeśli ktoś inny jest niemiły i się denerwuje, to podnosi naszę pozycję w dyskusji, bo to my myślimy bardziej racjonalnie i mniej emocjonalnie. Niestety, bardzo trudno stać się takim człowiekiem, ale ćwiczenie czyni mistrza. Trzeba się starać. Oznacza to też, aby reagować spokojem na zaczepki i zawsze żądać argumentów na wszystkie tezy. Argumenty są ważne, ponieważ eliminują ludzi, którzy nie wiedzą o czym mówią, a jednocześnie nas mogą wyprowadzić z błędu jeśli my się mylimy. Mnie osobiście sprawia przyjemność obserwowanie tak zwanego "furiata" - fajne miny na twarzy robią - cymesik.
  9. Trzeba być upartym aż do patologii. Nie dawajmy się namawiać na "poddawanie się" - tu może pomóc wspomniane narzekanie. Jak Ci źle, to coś z tym zrób i próbuj, próbuj, może metoda nie ta. Ale dlaczego kierunek ma być zły? Nikt tego nie wie. W tym miejscu zarozumiałość może pomóc - przekonanie, że mam rację. A ponieważ powinniśmy być uparci, to jeśli ktoś nas "tryka", trzeba walczyć o swoje, ciągle i do zwycięstwa. Nie odpuszczać, bo jak w handlu - jeden sklep znika - zaraz inny się pojawia. Jeśli odpuścimy, ktoś nam zajmie miejsce i cały ten czas, który poświęciliśmy do tej pory, jest zmarnowany. Dlatego, gdybym miał sklep w galerii handlowej, codzinnie bym chodził i starał się rozmawiać. Jeśli mnie unikają, to wiedzą, że jestem. Pisano, że jedna Pani wyszła z "Modo" i będzie się bić z prawnikami. Tak trzymać, nie popuszczać. Wspomniany Wiesław Sobieraj otwierał Alior Bank w momencie kryzysu w 2008 roku. Nie poddał się przed samym otwarciem. Był przekonany (dla innych "zarozumiały" - dla mnie nie) i wiadomo, w jakim miejscu stoi dzisiaj.

 

Reasumując: upór, wiedza, pytanie "dlaczego", niezadowolenie, indywidualizm, nie szkodzenie innym, uczciwość. Takie farmazony się przydają. Jak w obozie".

 

Poszukiwany w ząbek czesany

przeliczeni

Jeden z czytelników bloga-najemca w gh opublikował list gończy za złodziejem. Człowiek wygląda tak.

list

Poszkodowany szuka go za pośrednictwem facebooka. Straty szacuje na 1400 złotych.

Filmik plus ogłoszenie jest tutaj.

https://www.facebook.com/OptykDoZobaczenia/?pnref=story

Nie wykluczone, że złodziej sam się zgłosi i odda najemcy towar. Zatem. Podaj dalej.

P.S. Za namierzenie właściciel wręczy nagrodę.

 

Papier przyjmie wszystko-poradnik najemcy

przeliczeni

"Japończyk" przysłał kolejny tekst. Przyjmijmy taki pseudonim. Zanim jednak oddamy mu głos krótki kadr z Tarnowa  czyli gemini bankrut parku. Z głośników sączą się spoty rozżalonego inwestora i akcja zbierania podpisów "za rozbudową" trwa w najlepsze. Wizualizacje na pasażach, ulotki, piątki z palcem w górę. Wszystko gra. Jest jednak mały problem. Strefa tzw. foot cortu czyli po polsku jadalni, stołówki- wybita. Pozaklejana historia bankrutów z prawej i działające z lewej.

de

zdj.facebook.com

Dalej. Przybywa pustostanów i najemcy rotują jak bile w totolotku, a ludzi przed południem -jak na lekarstwo. Od poniedziałku do czwartku załogi sklepów mogą śmiało zaopatrywać się w gazety, książki, tablety-i na spokojnie, bez zakłócania-edukować się od 9.00-21.00. Czasami przemknie klient i zajrzy do odzieżówek. Sporo zmian. Kolejni przygotowują się do "wyjścia". To klasyczne centrum weekendowe bez dwóch zdań z "7 milionami ludzi rocznie".

A centrum miasta-hula. Sofa przy Wałowej zdobyła uznanie klientów. Nowocześnie, ceny w normie. Śmiało godne polecenia miejsce do pracy, spotkań i fajnego spędzenia czasu. Poza tym miasto się zmienia. Mnie się podoba. Szukając taniego noclegu wchodzę na google. Szukam pensjonatu. Dzwonię tu i tam. Nikt nie odbiera. Nie oddzwania. Właściciel albo śpi, albo tak prosperuje, że jeden klient więcej czy mniej-nie ma znaczenia. Jest i taka możliwość, że recepcja zlewa temat i nie oddzwania. W końcu trafiam do Podzamcza. Elegancko. Profesjonalnie. Świetna lokalizacja. Świeże jedzenie-miła obsługa. Profi. I niedrogo. Z uwagą warto obserwować rozwój agitki w Tarnowie, gdzie przed południem więcej akwizytorów na ulicach niż ludzi w gh.

Czas oddać głos Japończykowi.

 

"Chciałbym poruszyć kwestię pracy i co to jest - według mnie - dobra praca. Od razu zaznaczam, że mam na ten temat bardzo skrajne poglądy i zdaję sobie z tego sprawę. Jednakże, chciałbym podzielić się swoimi poglądami bez owijania w bawełnę i bez łagodzenia.

 

Praca, a właściwie przygotowania do niej, zaczyna się niejednokrotnie w wieku przedszkolnym. Rodzice zapisują swoje dzieci na różnorakie zajęcia, tak aby dzieci zdobyły jak najwięcej umiejętności. Może to i dobrze. Ja osobiście tego nie robię - trzeba się zmieścić w jakiś granicach. Za mało źle, ale za dużo także jest skrajnością i dzieci z biegem czasu zaczynają coś lubić, a inne rzeczy nie. Potem jest szkoła podstawowa i tak dalej. Uważam, że nawet małe dzieci powinny decydować, czy chcą "chodzić" na te albo tamte zajecia lub lekcje. Mówię to jako człowiek - także nauczyciel. Po co większość ludzi chodzi do szkoły? Wydaje mi się, że uczy ich się od małego, że dzięki temu dostaną lepszą pracę. Kłamstwo powtarzane niezliczoną ilość razy już stało się prawdą. Dlaczego uważam, że chodzenie i dobre uczenie się w szkole daje lepszą pracę, jest kłamstwem? Ponieważ codziennie widuję młodych ludzi "po studiach" narzekających na pracę oraz zarobki. To jest dowód na mój pogląd. Jeśli widzę montażystę reklam po 8zł za godzinę, studentkę po 8zł za godzinę, Panią "na recepcji" po 8zł za godzinę po studiach to ewidentnym jest, że 5 lat studiów było czasem straconym pod względem dzisiejszego zarobkowania. Wiem, że uogólniam i upraszczam sprawę, ponieważ są ludzie, którzy po tzw. "studiach" zarabiają (dużo) więcej. Pytanie dlaczego zarabiają więcej? Krótka piłka: "Bo się uczą."

 

Stawiam tezę, że nauka to nie szkoła, dlatego że:

  1. W szkole ładuje się do głowy ludziom między innymi, fikcję. Po pierwsze, wmawia się uczniom, że oceny odzwierciedlają wiedzę. Innymi słowy wiedza to nie płynny proces (według szkoły), ale coś co się stopniuje. Podam inny przykład - "literatura" tak zwany piękna". Nie wiem po co poświęca się dużo czasu na analizowanie, co autor miał na myśli (kto wie, co komu po głowie chodziło - to są jedynie domysły) lub co dana postać chciała lub nie chciała. Potem te domysły każe się uczniom przyjmować jako fakt, a jeśli nie to ma "jedyneczkę".. A tak naprawdę, ta postać nie istniała, nie istnieje, nie będzie istnieć. Rozpatrywanie tego nie ma sensu, bo to nie jest rzeczywistość, a świat fantazji i snów. Życie jest realne. Jak w Galeriach Handlowych. Ani to "galerie [sztuki]", a po wynikach finansowych wynajmujących powierzchnię widać, że mało "handlowe". Autor bloga wielokrotnie przestrzegał przed podpisywaniem umów na podstawie np.: tabelek frekwencji. Uważam, że ludzie wierzą w takie rzeczy, bo w szkole karze im się rozpatrywać i analizować fikcyjne sytuacje, tak jak gdyby były prawdziwe. Takie podejście niszczy życie. A dlaczego nie analizować biografii ludzi sukcesu? Dlaczego na liście "lektur" nie ma np.: "Elementy i układy elektroniczne w pytaniach i odpowiedziach?" Dlaczego nie uczy się ludzi programować? Przecież, obecnie elektronika i komputery są nierozerwalną i realną częścią naszego życia.
  2. W szkole traci się czas na egzaminowanie i sprawdzanie uczniów. Rolą szkoły jest uczyć, a nie sprawdzać. Chodzimy do szkoły w młodym wieku, kiedy umysł i mózg są sprawniejsze, więc nie można tracić czasu na inne czynności niż nauka. Najlepszym egzaminem i to w dodatku nieuniknionym (zwolnienie lekarskie nie wchodzi w grę, a jedynie akt zgonu) jest samo życie w dorosłości. Celem obecnej szkoły nie jest uczenie i edukacja - celem jest zdobywanie jak najlepszych stopni. A potem ten wzorzec jest przenoszony do społeczeństwa - liczą się tabelki, rankingi i tak dalej i tak dalej. Jeżeli to jest cel, to przestańmy nazywać szkołę, szkołą, a np.: sprawdzalnią.
  3. Przymus chodzenia do szkoły. Uważam, że nauka jest bardzo ważna, ale nie nakazami droga (u normalnych ludzi rodzi się wtedy bunt). Szkoła produkuje grupę osób, które zrażają sie do nauki - czasami na całe lata. Jeśli kogoś nie interesuje np.: angielski - po co na siłę go uczyć? Może interesuje go coś innego. A jeśli angielski jest ble... to w porządku. Niech przychodzi na lekcje bez przymusu. Dajmy człowiekowi czas na przemyślenie. Ale nie, gdzie tam, od razu klasóweczka, teścik. Po co? Po to chyba, aby go zniechęcić do nauki. Przecież nie każdego interesuje jednocześnie i od razu biologia, fizyka, koreański, budownictwo, sztuka, literatura, geografia. Simona Cowella tak ten przymus przydusił, że uciekł z liceum - nie wrócił. Zarabia obecnie 70 mln rocznie. Richard Branson - 16 lat - przymus szkolny go także przytłoczył - obecnie ma Virgin.
  4. Szkoła uczy agresji w stosunku do wszystkiego i wszystkich wokoło oraz nakazuje szufladkować ludzi. Oceny oceniają nie tylko ucznia w oczach szkoły, ale niejednokrotnie w oczach kolegów i koleżanek i to nieważne w którą stronę ("kujon", jeśli oceny są dobre, a "głąb" jeśli oceny są niedobre). Szkoła uczy, że ktoś jest gorszy, a ktoś lepszy, bo ma "numerek" - ocenę. Uczy, że osoba z "papierem" jest bardziej wartościowa od tej bez "papierka". W tym celu ukrywa się pewne fakty, na przykład taki, że Thomas Edison ze szkoły, delikatnie mówiąc został zabrany przez swoją matkę - nauczycielkę, bo był dzieckiem nadpobudliwym. Ale może i dobrze, bo wymyślił krzesło elektryczne, słonia prądem zabił, wysadził przedział pociągu, ale co najgorsze ułożył 1200 metrów kabli w domu finansisty J.P.Morgana (a wiecie co myślę o finansistach). Mało tego, to w szkole nauczyciele zwracają się na "ty" do uczniów, nawet mocno nastoletnich - nauczyciel jako Pan / Pani. Szkoła nas uczy, że trzeba się "odpowiednio ubrać" - na przykład "na galowo". Ładny ubiór - elegancki - ma tyle wspólnego z wiedzą i kulturą osobistą, co naklejka "Turbo Power V8" na klapie silnika "maluszka" i jego wzrostem osiągów. Wystarczy obejrzeć na "YouTube" Panów pod krawatem - klnących. Ja osobiścię np.: lubię wypastowane buty, ale nie uważam, że one o czymkolwiek świadczą.
  5. Jest wiele osób z dyplomami - wykształconych (bo tak im wmówiono w szkole), które mało wiedzą, a posługują się hasełkami. Przez szkołę, wierzą w swoje super wykształcenie. Na przykład, podobno "wykształcona osoba" musi dyskutować i wiedzieć kto napisał np.: "Potop", ale nie musi wiedzieć, o roli HER2 w tworzeniu nowotworów. Ładuje się ludziom do głowy pogląd, że papier zwany dyplomem oznacza wykształcenie. Czyli kilka lat starczy i jedziemy z tym koksem na całe życie. Dlatego większość ludzi już się dalej nie uczy. A świat się rozwija. Spróbujcie Państwo porozmawiać z ludźmi o np.: rozbłyskach gamma, biologii nowotworów, cyklu Atkinsona w silnikach. Tego większośc osób, którym wmówiono, że są wykształceni, nie wie. Ale mają dyplom - żyją w świecie snów "bycia wykształconymi" i będą gardzić tymi, którzy nie wiedzą co to jest "Pan Tadeusz".
  6. Szkoła niejednokrotnie uczy złych wzorców. Nawiązując do literatury i jej fikcyjnych ideałów - w tej samej szkole już się nie uczy, że Mickiewicz byl alkoholikiem, a Słowacki hazardzistą. Wzory do naśladowania w sam raz dla młodych ludzi. Mało tego, inny proponowany wzór zachowania to "nie dyskutowanie z nauczycielem". Na większości lekcji nie można się zatrzymać i podyskutować na temat lekcji. Bo trzeba realizować program - to on jest najważniejszy, a że wiedza? A że uczeń ma inny pomysł - szkoła to nie miejsce na wyrażanie swoich poglądów (produkcja społeczeństwa, które nie umie dyskutować, a jedynym argumentem jest obrażanie - tego uczy się w szkole - np.: ty "gówniarzu"). Ale to nie wszystko, na tak zwanej "studniówce" nauczyciele pozwalają na zażywanie narkotyków - mam na myśli alkohol, bo to jest narkotyk. Kolejny wzorzec do naśladowania. Zaraz ktoś może powiedzieć, że ludzie czasami piją "lampkę". Ja akurat się na to nie godzę. Narkotyk nie jest dla ludzi. Innym wzorcem do naśladowania to tak zwane "grzeczne dziecko" - ma siedzieć w ławce. Nie wiem jak ludzie z pomysłami mają siedzieć grzecznie w ławce i jednocześnie je realizować. Człowiek z pomysłami i werwą nie siedzi w miejscu, ale działa, rusza się, jest aktywny, a szkoła promuje pasywność i posłuszeństwo. Wracając do Edisona i wzorców (a także wychowania dzieci): ojciec Edisona zachęcał go do czytania płacąć mu 10 centów za każdą przeczytaną książkę - może warto?
  7. Obecna szkoła jest (zaraz się posypią gromy) oparta o zachowania kobiece. Ja nie mam nic przeciwko jakimkolwiek ruchom społecznym i zachowaniom, ponieważ jestem gotowy dyskutować i poznawać różne punkty widzenia. Jednakże, ja mam dwóch synów. No przepraszam bardzo, chłopak musi się wybiegać, wywrzeszczeć. Dziewczyny/Kobiety narzekają na coraz bardziej "zniewieściałych" mężczyzn. Uważam, że produkuje je dzisiejsza szkoła, bo tam taki chłopak nie może biegać, nie może sobie "powalczyć na pięści" na boisku. Nie ma zajęć typu np.: składanie mebli, naprawa samochodów. Z powodu feminizacji tego zawodu, feminizuje się też uczniów i dlatego nie omawia się elektroniki, nie uczy się programować. Feminizacja sprawia, że wpaja się uczniom, że mają zawsze mieć czyste i zadbane rączki - a jak mamy zbudować dom lub naprawić albo zamontować coś bez brudzenia rączek? Feminizacja sprawia, że liczy się forma, a nie treść. Ma być ładnie i fajnie - a czy to prawda to już inna historia.
  8. W szkole uczy się zachowań przedziwacznych np.: "nie zniżaj się do jego poziomu" [już nie będe nawiązywał do "bycia lepszym"]. Innymi słowy, jeśli bandyta mnie zaatakuje na ulicy, to ja nie będę się zniżał do jego poziomu i broniąc się, bił jego, ale zadzwonię na policję, zaczekam. Inny przykład to, jeśli ktoś mnie okradnie na pieniądze, to nie nazwę go złodziejem, ponieważ "tak nie wypada, bo tak kulturalny człowiek nie mówi i nie będę się zniżał do jego poziomu". To tylko oczywiście przykłady - chodzi o mechanizm. Moim zdaniem, szkoła uczy zniżania głowy przed silniejszymi, a nie walczenie o swoje prawa. A ja uważam, że jeśli nauczyciel nazywa kogolwiek np.: "głąbem", to uczeń ma prawo się bronić, zachować się honorowo i przynajmniej nie odzywać się do takiego chama. Niestety, takie zachowania są piętnowane! Oczywiście, to działa także w drugą stronę. Jeśli uczeń zachowuje się jak cham, to trzeba to głośno powiedzieć, a nie patrzeć na "poprawność". Inaczej produkujemy ludzi bojących się swoich poglądów, reagowania, wychodzenia z inicjatywą. Dlatego właśnie nauczyciele tyle zarabiają. Nie są w stanie protestować w swojej własnej sprawie - i oczekują tego od uczniów. Inną, całkowicie niezrozumiała sprawą, jest całkowite milczenie na temat zakładania swoich firm. Cały czas tłucze się do głowy o tym, że potem trzeba "znaleźć pracę". A co to jest - labirynt, że trzeba czegoś szukać?

 

Mnie tylko raz zapytano o dyplom - kiedy zatrudniałem się w szkole (potem napiszę o zarobkach). Od tamtej pory pracuję dla siebie i u siebie - nigdy mi dyplom nie był potrzebny. Takie pytanie - kto zna lepiej język angielski - anglista po studiach, który to studiował bez pasji, czy Brytyjczyk ze średnim wykształceniem? Lekarz po studiach także ma staż i robi specjalizację - to kogo będzie leczył decyduje czas po studiach. I tak dalej, i tak dalej. Nie oszukujmy się, szkoła to powiedzmy 13 lat, a tak naprawdę musimy uczyć się cały czas. Czym więcej tym lepiej. Ja prawie cały czas pracuję, ale spędzam dużo czasu w samochodzie i non stop słucham i oglądam kursy językowe i wykłady z fizyki, chemii i tak dalej. Nawet jeśli się nie skupiam, część w głowie zostaje. Zauważyłem to nie na początku - po jakimś czasie. Dlatego warto. Dla siebie. A to, że szkoła?

Szkoła jest i niech będzie dla innych, z tym, że w szkole mój syn nie uczy się, ze Amancio Ortega, założyciel Inditex Group, jako nastolatek powiedział "żegnaj szkoło" i zatrudnił się w zakładzie krawieckim. Człowiek bez "papierów" - bez wykształcenia - ma 5000 sklepów w 85 krajach świata (to ten od sklepów "Zara" - ciekawostka jest taka, że nazwa tych sklepów pochodzi od filmu "Grek Zorba", no ale kiedy Ortega zakładał swój sklep, w pobliżu był bar "Zorba", więc zmienił nazwę na "Zara"). Nie chodzi o kasę, daje do myślenia, że wielu ludzi sukcesu, jak to się mówi "rzuciło szkołę", co jest dowodem, że szkoła nie równa się sukcesowi zawodowemu. Z drugiej strony, cały pomysł na szkołę, z zasady nie jest zły. W swojej pierwotnej formie rzeczywiście doprowadziła do szerzenia się wiedzy. Zaznaczam także, że nie wszyscy nauczyciele się nie nadają. Są i tacy, którzy chcą nauczyć i zależy im, reszta to teściarze. Uważam jedynie, że wykonanie w obecnej formie jest złe, bo świat się zmienia, a szkoła nie. Dlatego, chodzenie do szkoły jako takie nie ma szans przełożyć się w przyszłości na lepszą pracę. Z praktycznego punktu widzenia, czym więcej realnie (a nie "na papierze") rozumiemy, tym większa szansa na zarobek w takim czy innym miejscu. Jeśli nie możemy znaleźć pracy, to możemy stworzyć coś naszego, a jest to tym łatwiejsze im więcej naprawdę umiemy. Tak jak Henry Ford, w wieku 15 lat skonstruował swój pierwszy silnik parowy, skończył na podstawówce. Oczywiście wcześniej interesował się techniką. Jak to Mark Twain powiedział: "Nigdy nie pozwoliłem mojej szkole stanąć na drodze mojej edukacji". Co prawda to pisarz, ale myślę, że Fordowi też szkoła nie stanęła zbyt na drodze.

 

Wcześniej napisałem dlaczego szkoła nie równa się nauka, teraz jak się uczyć (skupię się tutaj na językach, ale mechanizm jest podobny w innych dziedzinach):

  1. Powinniśmy zdecydować dlaczego się uczymy, generalnie są dwie drogi:
  2. Uczymy się wszystko jedno czego, ważne aby się uczyć, tak aby obumarło nam jak najmniej neuronów i aby zachować sprawność umysłową jak najdłużej się da.
  3. Obieramy sobie cel do nauki [co moim zdaniem jednocześnie zawiera w sobie punkt "a", a więc to lepszy wybór].
  4. Cel powinien być praktyczny i dostosowany do realiów. Ja na przykład bardzo polubiłem Rumunię i obrałem sobie za cel nauczenie się tego języka w sposób umożliwiający prostą komunikację. Nie uważam, abym musiał znać cały język, wbrew przeciwnie - byłaby to strata czasu, ponieważ w przyszłości nie zamierzam go używać po zaprzestaniu wycieczek do Rumunii i wiem, że finalnie go zapomnę. Nie uczymy się dla kogoś, a dla nas. Stratą czasu jest np.: nauczenie się kilku liter w języku japońskim, bo się i tak to zapomni.
  5. Po wybraniu celu do nauki gromadzimy materiały w różnej postaci np.: książki, filmy, strony internetowe, wykłady. Korzystać z różnych źródeł i konfrontować przeciwstawne poglądy oraz opinie. Z czasem jesteśmy w stanie ocenić prawdopodobieństwo trafności danej tezy.
  6. Od tej pory systematycznie i codziennie uczymy się wybranej dziedziny. Nie wolno dopuścić do przerwy w tej systematyczności, aby nie wprowadzać niebezpiecznego precedensu. Każdy dzień "odpuszczenia sobie" to podwójna strata - nie uczymy się niczego nowego oraz zapominamy małą część nauczoną wcześniej. Nawet jeśli się źle czujemy - nie odpuszczamy. Nie kładziemy się spać, doputy nie przystąpimy do nauki i nie zrealizujemy części na dzisiaj.
  7. Nie skaczemy "z kwiatka na kwiatek". "Słomiany zapał" przeszkadza. Euforia to samo. To czego się uczymy musi być przemyślane, a nie zaczęte i porzucone. To tylko zmarnowany czas. Ja to obserwuję w języku japońskim. Wiele osób chce się uczyć, ale jak przychodzi do nauki liter, zapał gaśnie, ponieważ jest to bardzo czasochłonne. Jeśli nam nie idzie - musimy być uparci i tyranem dla samego siebie. Skoro inni się nauczyli - my też możemy, nikt nie rodzi się mądry.
  8. Talent to bajeczka dla małych dzieci. Bez ćwiczeń nie ma wyników. Co z tego, że ktoś ma "talent do języków", skoro absolutnie się ich nie uczy. Tak zwane beztalencie, ale uparte nauczy się więcej. Oczywiście to nie tyczy się tylko języków. Nie ma też "zdolny, ale leń" (bajeczka powtarzana w szkołach). Jeśli ktoś jest zdolny to nauka nie jest problemem. Każdy jest leniwy, ale człowiek mądry potrafi z tym walczyć.
  9. Podpatrywać innych i zobaczyć jakie metody działają. Nie porywać się na "nowości", tylko poczekać na efekty "nowości" wśród innych osób. Jeśli efekt jest długotrwały, jest to czas dla nas na przetestowanie tej metody. Uwaga: problemem tutaj jest to, że każdy jest inny, więc dana metoda nie zawsze działa u każdego.
  10. Pamiętać, że nie ma czegoś takiego jak "nauczyłem się" - to szkolne myślenie. Nauka trwa już do końca życia - dlatego punkty 1 i 2 są ważne.
  11. Nie reagować na zaczepki np.: "po co się uczysz koreańskiego", "po co się uczysz embriologii", "po co ci neurologia perinatalna". Jeśli reagować, to pytaniem: "Po co żyjesz, skoro kiedyś umrzesz - bez sensu."
  12. Nie marnować czasu na oglądanie telewizji i propozycji niczego nie wnoszących do naszego życia. Możliwy czas wykorzystać na naukę. Nie słuchać muzyki, nie oglądać filmów fabularnych. Słuchać wykładów, oglądać programy naukowe oraz kursy. Muzyka jest fajna do słuchania, ale w życiu praktycznym mało przydatna. To samo filmy - fikcja, fikcja, fikcja typu przeciął dwa kabelki i rozbroił alarm (a w życiu praktycznym, ważne co to jest np.: atmega32 i dlaczego jasności LED nie mierzymy w wattach [a nie waty, chyba że cukrowe], a w np.: lumenach lub kandelach)
  13. Trzeba znaleźć porę dnia, kiedy najłatwiej się uczyć. Jak to zrobić? Uczyć się na pamięć wierszy o różnych godzinach. Godzina, kiedy najłatwiej jest nam się nauczyć tego fragmentu jest najlepsza. Jeśli to nierealne, rano jest najlepiej, wieczorem z powodu zmęczenia może być trudniej. Odżywiać się tak, aby nie głodować. Rola stresu jest dyskusyjna. Są badania stwierdzające, że stres może pomóc w nauce.
  14. Robić notatki na kartce papieru, a nie w komputerze. Naciskając na klawisze, zapamiętujemy klawisze. Poza tym, ekran wygląda tak samo. Kartki są inne i jest dużo łatwiej zapamiętać i odczytać notatki. Dla niektórych to średniowiecze. Ja wiem, że to działa. Do komputera możemy oczywiście wprowadzać dane do archiwizacji, ja to robię w postaci kartek zeskanowanych. Nie wyklucza to stosowania programów na komputer/palmtop/smartfon do powtarzania i zapamiętywania informacji / wiedzy. U mnie one działają.

 

No dobrze, co to jest "dobra praca?" Moim zdaniem absolutnie jedynym czynnikiem decydującym, czy praca jest dobra czy zła sa zarobki. Dobra atmosfera w pracy, świadczenia socjalne, laptopy, samochody, pozycja - bycie kims (np.: Prezesem) to bzdury. I to jest ostateczny argument przeciwko szkole - w rozumieniu > dobra szkoła = dobra praca. W szkole generalnie nie uczy się jak zarabiać. Natomiast "Konrad Wallenrod" - to był bohater nad bohaterami. Doktor Judym - robił za darmochę (pomagał ludziom oczywiście, to się chwali) i NIE zarabiał. Na szczęście to tylko postacie literackie. My potrzebujemy pieniędzy do życia i dlatego wolę osobiście postać Carla Lindnera - majątek 1,7 mld dolarów - szkołę rzucił. Oczywiście, można wierzyć farmazonom, że "prawdziwy dżentelmen nie mówi o pieniądzach", bo "prawdziwy dżentelmen" zabiera swoją dziewczynę na kebaba za 4zł. Laski aż piszczą do biedaków, ba... walą drzwiami i oknami. Moim zdaniem to brednie. Obecnie, czy ktoś lubi czy nie, pieniądze są ważne i ludzie są przez nie oceniani. Są wyjątki (np.: Walt Disney jest znany, bo ładnie rysował, a nie za to, że rzucił szkołę - a za myszkę Miki dostał Oscara) - zgadza się, ale generalnie nie zaobserwowałem, aby ludzie lubili być biedni - raczej w drugą stronę. Biedny to nie jest z pewnością zły człowiek, ale świat tak właśnie uważa. Dlatego jedynie zarobki decydują o tym, czy praca jest dobra czy zła (uwaga - nie mówię tutaj o realnej wartości wykonanej pracy), ponieważ:

  1. My w pracy jesteśmy pracownikami, a nie ludźmi. Nawet pracując dla siebie, trzeba być dla siebie samego potworem, aby osiągnąć sukces. Po prostu, nie powinniśmy tracić czasu na atmosferę, a maksymalnie wykorzystać czas na pracę i zadania w niej do wykonania. A że ktoś się zdenerwuje - no cóż, zdarza się, takie są realia.
  2. Świadczenia socjalne nie są nam potrzebne, jeśli nasze zarobki nas satysfakcjonują. Nie ma problemu, aby pojechać na wakacje, zakupić potrzebne rzeczy.
  3. Laptopy, samochody od pracodawcy są do pracy. Nie powinniśmy ich traktować jak nasze, bo można się przykro rozczarować.
  4. Nieważne czy ktoś jest prezesem, montażystą, nauczycielem, sprzedawcą w Biedronce. Po pracy jesteśmy ludźmi zasługującymi na szacunek. Jeszcze mnie nikt w sklepie nie zapytał o zawód wykonywany, bo to nieistotne. Istotne są pieniądze. Dobry klient to płacący klient (dobrze zarabiający).
  5. Czym więcej zarabiamy, tym szybciej np.: odłożymy na mieszkanie/dom lub jeśli, ktoś kocha kredyty, spłaci kredyt.
  6. Jeśli dużo zarabiamy to nawet nie spojrzymy na kredyty, chwilówki i inne atrybuty współczesnego niewolnictwa.
  7. Jeśli dużo zarabiamy, tym krócej musimy być aktywni zawodowo, na przykład:
  8. zarabiamy 10 lat po 1300zł, 10 lat po 1500zł, 10 lat po 1800zł, 10 lat po 2000zł, razem 40 lat = 792000 zł
  9. zarabiamy 10 lat po 1400zł, 10 lat po 1600zł, 10 lat po 1900zł, 10 lat po 2100zł, razem 40 lat = 840000 zł prawie 50000zł więcej, a to tylko o 100zł więcej na miesiąc,
  1. zarabiamy 10 lat po 2600zł, 10 lat po 3000zł, 10 lat po 3600zł, 10 lat po 4000zł, razem 40 lat = 1 mln 584 tys. zł w tym przykładzie prezesem banku nie jesteśmy, a jest grubo ponad milion,
  1. zarabiamy 8 lat po 1300zł, zarabiamy 10 lat po 2600zł, 10 lat po 3000zl, razem lat = 676800 zł czyli 25 lat, o 15 lat krócej niż w punkcie A, a mamy finalnie więcej.

Wniosek: w pracy jedynie na czym nam powinno zależeć to na maksymalizacji naszych dochodów. Moim skromnym zdaniem liczy się absolutnie każda złotówka.

 

Czym mamy więcej pieniędzy, tym świat nas bardziej szanuje (autorytety, media, super goście będą mówić coś innego). Dlatego banki chcą z nas zrobić biedaków, tak aby nam wmówić, że jesteśmy śmieciami społecznymi, mętami i nieudacznikami, bo to oni mają być kimś. Pieniądz nie wyznacza wartości człowieka, ale to w rodzinie, wśród przyjaciół. Na zewnątrz, jeśli kolega wychodzi na tzw. "piwo", to proponuję eksperyment: niech za każdym razem mówi: "Wiecie chłopaki, jestem na bezrobociu, postawcie mi." - ile tak będą zapraszać i stawiać? Co ja będę Państwu mówił - sami przecież Państwo wiecie w co się gra. Bo w życiu niewielu jest przyjaciół dla biednych. Prawdę mówiąc, to są rodzynki.

 

Autorytety, media i super goście wymyślili i wdrożyli mit tak zwanego milionera - człowieka sukcesu - kogoś.. Wmówili ludziom, że milioner to jest gościu i mało tego - wy nie MACIE PRAWA być takim gościem. A ja twierdzę, że macie prawo (i pokażmy im, że możemy) być takim gościem (kobiety przepraszam, ze tak szowinistycznie - gościówa też może być). Nikt nie będzie was szanował, bo macie tytuł magistra (bo ich jest zatrzęsienie), ale dlatego, że będzie "nowy merol". Ale to nieważne w życiu, to na pokaz. Po prostu trzeba mieć odłożone trochę gotówki dla nas samych - bo zawsze mogą być potrzebne, wystarczy poczytać statystyki dotyczące nowotworów.

 

Ile to jest ten milion? Podobno jakaś mityczna kwota. To jest 68zł dziennie przy 40 latach pracy. Czyli 2100zł miesięcznie. Oczywiście można tutaj mi powiedzieć, że coś mi się w głowie porobiło, bo to po 40 latach, ale po pierwsze nie trzeba mieć tego miliona już teraz, a po drugie nie musi nam być potrzebny. Ale załóżmy, że to nasz cel - aby na starość mieć jakieś pieniądze (nie na podróże, bo już siły nie ma). Po drugie, 100zł dziennie odkładamy na mieszkanie. To już się robi 5100zł. Poważne pieniądze, jak dla mnie. Do tego życie. Nie dodaję tutaj wynajmu mieszkania, dodam na wydatki bieżące. Myślę, że 3000zł miesięcznie starczy. Razem 8100zł. Bardzo upraszczając, dobra praca to moim zdaniem praca za co najmniej 8000zł miesięcznie. Psychiatra potrzebny od zaraz - tak pewnie Państwo myślicie.

 

Ja uważam, że wmówiono nam - ludziom - że jesteśmy gównem i jesteśmy za głupi. Nie jesteśmy, musimy się tylko "odszkolnić", przestać myśleć o Konradach Wallendrodach, Judymach, a zacząć używać kalkulatora. Nie załamywać się i zaraz pomyśleć, że te 8000zł to na dwojga - męża i żonę - czyli każdy po 4000zł (dlatego rodzina i spokój w domu są niezmiernie ważne, nie warto być samemu). Kiedy ja zacząłem pracę w szkole, dostałem 600zł. Naprawdę nie kłamię. Dlatego "do widzenia". Nieważne, ile teraz kto zarabia, czasowo można zarabiać mniej, jasna sprawa, że zaczyna się od małych kwot. Jednakże, trzeba cały czas myśleć o przyszłości i czymś więcej, szanować siebie i planować jak to wykonać. Planowanie i używanie kalkulatora to podstawa! Niech Państwu da do myślenia fakt, ze w 2002 roku Jack Whittaker wygrał 315 milionów bagsów na loterii. Wszystko wydał w 4 lata.

Z kolei Gisele Bundchen pracowała jako 14 latka w supermarkecie (to apropos ludzi, którzy zapychają w Biedronkach, aby się nie poddawali - a próbowali do skutku), obecnie zarabia 25 mln dolarów rocznie (oczywiście szkoły "nie ma"). Jest to modelka. Coco Chanel wychowywała się w sierocińcu i w tym wieku zakończyła naukę. Jasna sprawa, że pieniądze szczęścia nie dają, ale mogą być narzędziem do spokoju. Aby mieć nawet na te głupie rachunki, klocki dla dziecka, czy normalne pieluchy, a nie najtańszy chłam i odparzenia na pupie. A skoro mogą dać spokój, to same wymagają spokoju. Spokojnie, systematycznie, planowo, stopniowo. A nie, kurna, "szklane domy", kredyty hipoteczne, bo "mądrala w telewizji" mówi, że się nie da inaczej. Chociaż nawet w telewizji, pamiętam, Jan Bielecki ostrzegał, aby nie brać kredytów we frankach. Wtedy go wyśmiewano. Dlatego czytać, nie naśmiewać się, analizować z kalkulatorem i mieć świadomość, że papier przyjmie wszystko - nawet i doktorat. Znam jednego takiego - pracy u innych nie znalazł - ale pracuje na swoim, zapiernicza. Czego i Państwu życzę. Oczywiście za pieniądze, a nie za "dziękuję". Jak w szkole. Nauczyciel dostaje dyplom z podziękowaniami. Zakupów za niego nie zrobi".

 

 

© O prawdę
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci